"Mów mi Leon, to mnie wyszczupla" - wywiad z Katarzyną Grochola
Poradnik - Historie Kobiet Sukcesu
Wpisany przez Renata Cebula   
piątek, 28 sierpnia 2009 11:13

Autorka bestsellerów, Katarzyna Grochola, opowiada w rozmowie z tvp.info o swojej nowej książce „Kryształowy anioł” i wyjaśnia m.in., co to znaczy „lecieć Grocholą”.

Czy czuje się Pani kobietą sukcesu?

A wyglądam?


Wygląda Pani na kobietę zadowoloną z życia.

 

Momentami jestem kobietą zadowoloną z życia. A największy sukces odniosłam, kiedy zajęłam pierwsze miejsce w olimpiadzie polonistycznej, dzięki czemu nie musiałam zdawać do liceum. To mi uratowało życie. Jestem zupełnie „nieegzaminowa”.

Konkurs polonistyczny zaprocentował w przyszłości. Została Pani pisarką.

Zawsze chciałam być pisarką. Gdy miałam 12 lat, napisałam powieść pt. „Na preriach Dzikiego Zachodu”. Tytuł zerżnięty od Karola Maya. Byłam siostrą Old Shatterhanda i Winnetou się we mnie kochał, ale ponieważ nie zwracał na mnie uwagi, przebrałam się za mężczyznę i dzielnie mu towarzyszyłam. Na 13. stronie musiałam powieść skończyć, ponieważ zostałam ranna w okolice obojczyka i Winnetou, żeby mnie opatrzyć, rozerwał mi bluzkę. Myślał, że jestem Białym Bratem, a tu wypadła pierś. I nie wiedziałam, co dalej pisać.

Później robiła Pani bardzo różne rzeczy.

Jak się człowiek nie uczy i nie ma porządnego zawodu, to musi się jakoś utrzymać. Starałam się zawsze lubić, to co robię. Jak myłam kible w Anglii, to byłam w tym najlepsza. Zapamiętałam sobie słowa ciotki: „Jedną rączką trzymaj koronę, żeby ci nie spadła, drugą szoruj”.

Dziennikarstwo też było zawodem z przypadku?

Nie, to już było związane z pisaniem. Zaczęłam od korekty. Wcale nie było łatwo, bo szukano korektorek po polonistyce. Przyjęli mnie tylko dlatego, że trafił się wakat. I musiałam napisać bardzo trudne, wstępne dyktando – myślę, że na poziomie dzisiejszych konkursów. Ale byłam niezła, więc mnie przyjęli. Dzisiaj zdarzają mi się błędy, ale mam ten luksus, że ktoś po mnie sprawdza.

Jak Pani znosi ingerencje redaktora w swoje teksty?

Fatalnie. Walczę jak lwica. Porządny redaktor podkreśla np. zdanie: „grupa rodziców ze zrozpaczonym wyrazem twarzy”. Jest to błąd, ale wypraszam, żeby mogło być błędnie, bo oddaje niepokój i pomieszanie bohaterki – to jej myśli. Walczę o piwo „z którym lubił oglądać mecz”, bo piwo upodmiotawiam. Ale w Wydawnictwie Literackim jestem pod dobrą opieką i czasami z przykrością muszą się z nim zgodzić, bo niestety, ma rację.

Przy pierwszej książce też była Pani taka krnąbrna?

„Przegryźć dżdżownicę” wydał mój znajomy, książka poszła tak, jak została napisana. Redaktorzy są niezbędni. Ktoś musi trzymać autora w karbach. Bo jak polecę Grocholą….

Co to znaczy „lecieć Grocholą”?

Trzeba zapytać moją ciotkę. Gdy w „Bluszczu” napisałam tekst, parodiując Rodziewiczównę: „ nachylił się i w gąszczu zieloności traw natknął się na jej nabrzmiałe pragnieniem wargi”, to ciotka jęknęła: „ojej, ale poleciałaś Grocholą”. Czasami robię oko do czytelnika. W każdej książce jest jakiś smaczek. A to chusty haftowane przez plemię kozacze…

W internecie można znaleźć ulubione przez czytelników cytaty z Pani książek.

Naprawdę? Ja też mam parę ulubionych cytatów z Grocholi, np. „Czasami oświadczenie o rozwodzie jest lepsze niż rozwodzenie się nad oświadczynami”.

A z „Kryształowego anioła”?

„Mów mi Leon, to mnie wyszczupla”. Totalna abstrakcja.

Mam wrażenie, że Pani książki ostatnio trochę spoważniały.

Nie, po „Trzepocie skrzydeł” jestem znowu sobą, tą bardziej radosną. Ale żadna z moich książek nie jest głupia i niepoważna, cykl o Judycie też nie. Wbrew temu, co ostatnio napisała mi pewna czytelniczka: „Zrzyna Pani z Helen Fielding, jest pani beznadziejna”.

Bridget Jones przylepiła się do Pani parę lat temu i odkleić się nie chce.

Bridget i Judyta są diametralnie różne. Zastanawiam się jednak czasem, co by było, gdyby mnie kiedyś do Fielding nie porównano. Po takiej reklamie dziewczyny kupiły książkę nikomu nieznanej Grocholi z nadzieją, że znajdą coś podobnego. Nie mogę się więc obrażać, na coś, co było, w jakimś ułamku, zarzewiem sukcesu mojej książki. Mogło się zdarzyć, że nikt nie chciałby jej czytać. Książki żyją swoim życiem. Sprawiają niespodzianki. Tak było z „Trzepotem skrzydeł”. Byłam przekonana, że to będzie książka absolutnie niszowa i że moje nazwisko nie odegra żadnej roli. Opowiada o przerażającym fragmencie naszej rzeczywistości, o kobiecie bitej i poniżanej. I niespodzianka, sprzedała się w 170 tys. egzemplarzy.

Czy po „Trzepocie skrzydeł” dostała Pani dużo listów od kobiet, które doświadczyły przemocy domowej?

Mnóstwo. Więcej niż po „Nigdy w życiu”. To były wstrząsające listy. Przyszedł też do mnie mąż znajomej i powiedział: „Gdybym wiedział, że ona ci wszystko opowiedziała, to bym zaje…. was obie”. Ona mi oczywiście nic nigdy nie mówiła. W ten sposób dowiedziałam się, kim on tak naprawdę jest. Co ciekawe, książkę kupowało wielu mężczyzn, po 3-4 egzemplarze. – Pani Kasiu, niech pani coś napisze siostrze, znajomej, córce… bo ona nic nie rozumie.

 

Bohaterki Pani książek do pewnego momentu siedzą grzecznie, dają sobą manipulować. Aż nadchodzi moment, gdy zaczynają walczyć. W „Kryształowym aniele” też tak jest.

Z manipulacją bywa różnie. Sara, bohaterka „Kryształowego anioła”, święta nie jest i też ma swoje za kołnierzem. Lubię, gdy kobiety się zmieniają. Od nich zaczynają się wszelkie zmiany w świecie. One wychowują dzieci… Nie ma co narzekać na facetów. Trzeba wziąć los w swoje ręce. Stereotyp biednej, słabej kobiety wiele ułatwia. Pozwala uniknąć odpowiedzialności. Tymczasem, jeśli my nie zdecydujemy, ktoś to zrobi za nas. Tak samo jest z wyborami.

Chodzi Pani na wybory?

Oczywiście.

Interesuje się Pani polityką? Nie chciała Pani nigdy swojej popularności wykorzystać w ten sposób, np. w Partii Kobiet?

Polityka mnie nie interesuje, ale wiem, na kogo nie chcę głosować. Bardzo przyklaskiwałam partii Kobiet i Manueli Gretkowskiej. Partia Kobiet ma na razie małe szanse. Wie pani, jak jest z polityką? Ludzie mówią: nie będziemy głosować na Partię Kobiet, bo i tak nie wejdzie do Sejmu. Błędne koło. A nikt lepiej niż kobiety nie zawalczy o kobiety, szczególnie teraz, kiedy rządzący mężczyźni znowu chcą ograniczać nasze prawo do decydowania o sobie. Dziewczyny i kobiety – nie pozwólmy się źle traktować!

Zostawmy więc politykę. Jedną ze swoich bohaterek nazwała Pani Judytą, teraz jest Sara. Skąd te biblijne imiona?

Była też Hanna. Obawiam się, że wszystkie imiona są starotestamentowe. 28 lat temu bałam się nazwać córkę Sara. Mąż mnie zapytał: „chcesz, żeby ją od Żydówek wyzywali”? A Sara to piękne imię. Teraz nadałam je bohaterce książki. Mam nadzieję, że czasy się zmieniły i antysemityzm zanika. Pamiętam przypowieść, którą opowiadał były ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss : „Kiedy przyszli brać czarnych, nie oponowałem; kiedy przyszli brać gejów, nie oponowałem; kiedy przyszli brać Cyganów, nie oponowałem; kiedy przyszli brać kobiety, nie oponowałem; kiedy przyszli po mnie, nie miał kto oponować”. Trafne i mądre. W mojej następnej książce występuje facet o imieniu Jeremiasz. Ciekawe, czy znowu ktoś mnie o to zapyta, skąd taki pomysł?

Judyta odziedziczyła imię po biblijnej bohaterce, tej, która zabiła Holofernesa?

Zaczęłam pisać książkę i nie miałam imienia dla bohaterki. Żadne nie pasowało. Wtedy poprosiłam o pomoc św. Tadeusza Judę, patrona spraw beznadziejnych. Pomógł natychmiast.

Słyszałam, że pierwowzorem Mateuszka z „Kryształowego anioła” jest Pani wnuk.

Tak, mam świetnego wnuka. Pisze lepiej ode mnie. Ostatnio córka przeczytała mi jego wypracowanie. Napisał tak: „Byliśmy z panią w muzeum. Tam była przewodniczka – ależ ona przynudzała – że aż nie mogłem wytrzymać. A potem wyszliśmy z muzeum”. Uważam, że jeśli 7-latek napisze zdanie z takim wtrąceniem, to jest to warte Nobla.

Dziecko ma to po babci, to oczywiste.

Po mamusi też. Moja córka ma lepsze pióro niż ja. Ale ma przechlapane przez mamusię. Mój brat jest poetą. Wydał znakomite poezje, ze swoimi unikatowymi rysunkami piórkiem – „Skórę”. On też ma przechlapane, bo wróciłam do nazwiska panieńskiego – Grochola. Czasem myślę, że w naszej rodzinie to ja miałam szczęście, a on ma talent.

Czy w życiu są ważne zmiany?

Ważne. Ale boimy się ich, bo wygodniej siedzieć w dusznym pokoju, niż otworzyć drzwi i wystawić się na przeciąg.

Za Sarę z „Kryształowego anioła” właściwie ktoś otworzył drzwi.

Sara sama to zrobiła, ale nieświadomie. Tu manipulacja jest podwójna, ktoś zmienia ją, ona zmienia innych ludzi. Chciałam napisać opowieść o tym, że wszystko, co robimy, ma znaczenie. Nawet jeżeli myślimy, że nikt tego nie widzi i nie słyszy.

Gdyby Panią ktoś postawił w tak niezręcznej sytuacji, w jakiej postawiła pani Sarę, jak by Pani zareagowała?

Najpierw bym się oczywiście wściekła. Ale potem, gdybym zrozumiała, że jest to coś tak bardzo ważnego dla ludzi, jak radiowe audycje Sary, odpuściłabym. Książka miała inne zakończenie. Ale Sara zaczęła tupać nogami i mi nie pozwoliła.

Bohaterki panią rządzą?

Zdarza się. Szczególnie pod koniec powieści, kiedy już wiedzą, jakie są i nie zawsze to, co wymyślę, pasuje do nich. Wtedy głośno protestują.

Podobno lubi Pani happy endy w życiu, bardziej niż te powieściowe lub filmowe.

Lubię. Choć czasem zastanawiam się, czym jest happy end w życiu. Może to śmierć, taka, do której jesteśmy dobrze przygotowani. Pracowałam kiedyś w szpitalu. 46 osób umarło mi na rękach. To było dość surrealistyczne doświadczenie dla młodej dziewczyny. Teraz wiem, że „memento mori”, spopularyzowane przez biednego pana Wołodyjowskiego, to bardzo ważne słowa. Przypominają, że nie wolno odkładać na jutro dobrych rzeczy, które można zrobić już dziś.


Rozmawiała Beata Zatońska

 

Reklama AdTaily

Partnerzy

Patroni Medialni

Najbliższe wydarzenia

Brak wydarzeń

Kalendarz jejSukces

Ostatni miesiąc Luty 2012 Następny miesiąc
P W Ś C P S N
week 5 1 2 3 4 5
week 6 6 7 8 9 10 11 12
week 7 13 14 15 16 17 18 19
week 8 20 21 22 23 24 25 26
week 9 27 28 29